Mateusz Urbanowski

Jestem nikim znikąd, dlatego mogę wszystko… Mam 23 lata i rok temu skończyłem studia (politologia/stosunki międzynarodowe) w szkockim Aberdeen. Natychmiast wróciłem do Polski, ponieważ jestem niestety związany z tym krajem. Pisałem od zawsze i zamierzam pisać do samego końca. W 2012 przekonałem się, że nie jestem w stanie samodzielnie przebić się do czytelników. Wrzuciłem do Internetu powieść, którą przeczytało kilka, może kilkanaście osób. Może i dobrze – po dwóch latach zdaję sobie sprawę, jak mocno musiałbym ją poprawić. Wiosną 2013 rozpocząłem „Trójwymiar”, który skończyłem na początku grudnia 2014. Teraz szukam wydawcy… Rok temu napisałem dramat sceniczny opierający się na postaciach z tej powieści, który przedarł się do drugiego etapu Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej – dla mnie, młodego debiutanta znikąd, to chyba największy sukces w „karierze”. Próbowałem wysyłać scenariusz „Lustra” do teatrów, ale potrafię się przebić tak samo, jak potrafię promować własną powieść.

Stwierdziłem, że nawiązanie współpracy z wydawcą jest obecnie najważniejsze. Wiem, że nikt nic nie czyta, a jak już czyta, to nie płaci, ale chcę przynajmniej zobaczyć moją powieść na bibliotecznych i księgarskich półkach. Nie chcę czekać z pisaniem do emerytury – w którą nie wierzę, jako pokolenie III RP. Wierzę, że prędzej czy później będę tworzył naprawdę dobrą literaturę. Chciałbym dożyć tego momentu.

Pisałem, piszę i będę pisał – mam pomysły i wciąż rozwijam warsztat. Jedyne, czego potrzebuję od życia, to spokój, który umożliwiłby pisanie kolejnych powieści. Od lat czytam i słucham o tym, że rynek wydawniczy jest chory, ale parę osób w Polsce z tego żyje… Będę próbował – do skutku lub zgonu. Wolę skończyć jak Lem lub Sapkowski, ale jestem przygotowany na los Snerga Wiśniewskiego czy Wiktora Żwikiewicza. Sęk w tym, żeby zostało po mnie jak najwięcej dobrego tekstu, który trafi do jak największej grupy ludzi.

Mogę wymienić swoje zainteresowania, inspiracje, opisać swoją filozofię… ale to chyba przesada. Niech mówią za mnie moje teksty. Oby zrozumiałym językiem…

INNY

Inny człowiek zasypia,
A inny się budzi,
Inny jest człowiek sam,
A inny wśród ludzi,

Inny byłem przed rokiem,
Będę inny za tydzień,
Inny pod twoim wzrokiem,
Zupełnie inny, gdy zły dzień…

Kim jestem? Jaka jest prawda?
Czy coś się we mnie nie zmienia?
Prawda jest taka, że cierpię
Zawsze, gdy tylko cię nie ma

BAŚŃ O SZCZĘŚCIU

Groteskowo dawno temu, absurdalnie daleko stąd, żył sobie Król. No, nie tak do końca „sobie”. Król żył dla swoich, bo swoich, ale dla poddanych. Jeździł po całym kraju, nieustannie wypytując lud o problemy dnia codziennego. Interesowało go wszystko. Od cen cukru i masła, przez analfabetyzm chłopów i klęski żywiołowe, do chorób wenerycznych arystokracji. Młody władca, bo trzeba Wam wiedzieć, że był on ledwie piętnastoletnim sierotą, szczerze marzył o szczęściu dla każdego. Wieczory spędzał nad mądrymi księgami, szukając sposobu na zrealizowanie swojej fantazji. Im więcej jednak wiedział, tym trudniejsze wydawało się osiągnięcie celu. Gdy wieść o dobrym królu rozeszła się po świecie, zasypały go setki listów. Pisał każdy, nie tylko piśmienni i posiadający papier. Tak dotarły do Króla krótkie wiadomości ryte patykiem na brzozowej korze i rozwlekłe, raczej nudne elaboraty uczonych. Na pewien czas trzeba było zawiesić podróże i poświęcić całą energię dworu na wertowanie stosów korespondencji. Po miesiącu wytężonej i nie ma co ukrywać, niezbyt sensownej pracy, nastąpił przełom. W ręce Króla wpadł lekko niechlujny, poplamiony atramentem tekst na pogniecionej karteczce:
Najdroższy Krulu!
Wieść do mnie dotarła, że pragnie Krul poznać sekret szczęścia i obdażyć nim swych wiernych poddanych. Nie mogąc z podziwu wyjść nad nieskończonom Krula dobrotliwością pragnę zaoferować swe usłógi ku chwale Majestatu, Szczęśliwości i ogulnego zadowolenia. Spędziłem rzycie na badaniach i śmiem twierdzić, że dokonałem wiekopomnego odkrycia i chentnie podziele się nim z Krulem, oczywiście za odpowiednią opłatom, godnom rangi cudu, ktury raz na zawsze rozwionże wszelkie ludzkie problemy.
Tfuj poddany, Prokopeus Gad
Pomijając ortografię, list natychmiast rozbudził królewskie nadzieje. Może dlatego, że imć Prokopeus jako jedyny zaproponował rozwiązanie, miast dołować biednego władcę litanią krzywd. W nagrodę Gad został odnaleziony i zaproszony na salony. Nie sprawił najlepszego pierwszego wrażenia, głównie dlatego, że okazał się nieślubnym dzieckiem chłopki i pewnego barona, młodszym nawet od Króla, odchowanym w ukryciu przed zawistną żoną feudała. Co by nie było, był jednak diabelnie bystrym, kutym na cztery nogi dwunastolatkiem. Król postanowił dać mu szansę. Głównie z desperacji, ale solidnie podszytej wiarą w niezwykłe zdolności Prokopeusa.
Plan Gada okazał się prosty. Chłopak zażądał najlepszego konia z królewskiej stajni, kufer złota i kosztowności, młodszą siostrę Króla za żonę i jedną trzecią kraju jako jej posag. Wszystko w ramach uszczęśliwienia narodu – o nagrodę miał się upomnieć dopiero po wykonaniu zadania. Król przystał na to bez szemrania. Czyż można zapłacić za szczęście zbyt wiele? Prokopeus spakował swój nowy dobytek, oczywiście wyłączając ziemie, po czym ruszył w podróż po królestwie. Gdziekolwiek się pojawił, a pojawiał się wszędzie tam, gdzie zawitał kiedyś młody władca, zwoływał ludność na rynek, polanę lub w ostateczności do kościoła i zaczynał opowieść.
– Ludzie! – krzyczał. – Czy brakuje wam cukru, macie za mało masła, a może chcielibyście nauczyć się wreszcie czytać? Czy nawiedzają was klęski nieurodzaju, nękają pożary i powodzie? Albo macie już wszystko, ale zapadliście na jakąś paskudną chorobę, która odbiera wam radość życia?
– Pewnie, że tak! – odpowiadali zgromadzeni chłopi, szlachcice, szalenie bogata arystokracja, a czasem, w miejscach doprawdy wyjątkowych, wszyscy jednocześnie.
– Spójrzcie na mnie! – darł się Gad. – Patrzajcie, na jakim cudnym rumaku przyjechałem! Zobaczcie, jaki mam wielki kufer, wypełniony złotem i kosztownościami! Obejrzyjcie też dokładnie moją wspaniałą żonę, siostrę naszego miłosiernego Króla, która wniosła mi w posagu jedną trzecią kraju! Widzicie to wszystko?
– Pewnie, że widzimy! – odpowiadali zgromadzeni, cmokając na rumaka, gwiżdżąc z podziwem dla złota i wzdychając do księżniczki, niekoniecznie w tej kolejności. Czasem cmokali na księżniczkę, wzdychali do złota i gwizdali do konia, czasem jeszcze inaczej, ale zawsze reagowali żywiołowo.
– I chcielibyście wiedzieć, jak dorobiłem się tego wszystkiego? – pytał Prokopeus, świadom, że ma ich już w garści. 
– A żebyś wiedział, że chcemy! – chórem odkrzykiwał tłum.
– To ja wam powiem! – Gad uśmiechał się szeroko. – Król dał mi to wszystko za to, że znalazłem receptę na szczęście! Po prostu!
Po tych słowach następowała zwykle cisza. Czasem odzywał się ten, któremu do szczęścia brakowało tylko umiejętności czytania i pisania, chcąc dopytać, co ma piernik do wiatraka, ale roztropniejsi posyłali go zwykle do diabła. Nieraz dosłownie.
– Zastanawiacie się, co wam do tego? Nie łamcie sobie głów. Powiem wam coś szczerze, w największej tajemnicy. Król jest idiotą!
Rzadko kiedy ktoś reagował na jawne bluźnierstwo. Fascynacja pięknym rumakiem Gada, jego kufrem złota i kosztowności, cudem urody małżonki, a wreszcie ogromem posiadanej ziemi była zbyt silna.
– Tak, to prawda! – Gad mrugał do widzów. – Król zgłupiał i marzy tylko o tym, by każdy z was był tak szczęśliwy, jak ja. Boże, jaki ja jestem szczęśliwy, spójrzcie na mnie jeszcze raz!
Patrzyli. Cmokali, gwizdali, wzdychali, wszystko naraz.
– Dlatego dobrze wam radzę. Gdy następnym razem spotkacie Króla, nie ważcie się narzekać! Chwalcie się, chwalcie! Mówcie, że cukier prawie za darmo, masło tanie, klęsk brak, a choróbska przeszły. Idiota uwierzy i w nagrodę obsypie was rumakami, kuframi złota, księżniczkami i ziemią. Czyż to nie jest proste? Czyż nie jest wspaniałe?
– Pewnie, że jest! – krzyczeli rozochoceni mieszkańcy. Garstka malkontentów nie miała szans wybić się ponad chór, a zresztą i tak posyłano ich zaraz do diabła. Czasami dosłownie.
– To do roboty! – krzyczał Prokopeus i ruszał w drogę, do następnej miejscowości.
Gdy zjeździł całe państwo, wrócił do Króla i ogłosił wielki sukces. By sprawdzić efekty jego pracy, władca ponownie wyruszył w kraj i znów pytał poddanych o problemy dnia codziennego. Nie mógł uwierzyć, gdy okazało się, że nikt już nie narzeka. Cukru i masła każdy miał pod dostatkiem, o klęskach zrobiło się cicho, a i arystokraci promienieli szczęściem, zaświadczając o cudownym uzdrowieniu lub twierdząc, że odnaleźli sens życia za murami klasztoru. Analfabeci całkiem zniknęli. Rozpromieniony Król tryumfalnie powrócił do stolicy i ogłosił Prokopusa Gada pierwszym marszałkiem, dał mu kolejny kufer kosztowności, a nawet kolejną siostrę za drugą żonę, choć to wymagało poważnych zmian w prawie. Syn barona i chłopki wyrósł na człowieka potężniejszego niż sam monarcha, biorąc w posiadanie ponad połowę ziem kraju. Założył potem specjalne ministerstwo szczęścia, nazwane na jego cześć Ministerstwem Prokopagady. Król do końca swych dni jeździł po miastach, miasteczkach i wsiach, napawając się niesamowitym sukcesem. I wszyscy żyli szczęśliwie.