Moja afrykańska podróż. Julia Hnat i Pamela Golsztajn kl.VI. Różewo

Dzisiaj ruszyłam w dalszą podróż z moją karawaną. Przez dłuższy czas nie było niczego poza piaskiem, ale to chyba zrozumiałe na pustyni. Często robiliśmy postój, ponieważ szybko się męczyłam w taki upał. Na afrykańskiej pustyni potrafi być 40ºC.

 Po dwóch godzinach, za górką z piasku ujrzeliśmy piramidy. Postanowiliśmy zboczyć z naszego szlaku i zobaczyć czy są tam jacyś ludzie. Chcieliśmy też poprosić o zapas wody dla naszych wielbłądów. Gdy doszliśmy do piramid, ujrzeliśmy jakąś sąsiednią karawanę. Po długich przemyśleniach, złączyliśmy się w jedną wielką grupę, żebyśmy mieli większe szanse przed napadem ze strony dzikich zwierząt, np. watahy likaonów. W sąsiedniej, a teraz właściwie tej samej karawanie, znalazłam sobie koleżankę, która również podróżowała ze swoim ojcem. Wcześniej szliśmy jeden za drugim, ale ponieważ jest nas dużo więcej, teraz idziemy obok siebie. Okazało się, że piramidy są opuszczone i można tam znaleźć trochę wody. Tak też zrobiliśmy. Wzięliśmy zapasy i wyruszyliśmy dalej.

Zbliżał się zmrok, trzeba było poszukać miejsca do snu, a przede wszystkim napoić wielbłądy. Przeszliśmy bardzo dużo i nie sądziliśmy, że znowu znajdziemy dwie piramidy. Postanowiliśmy wejść. W środku było widać, że często bywają tu różne karawany. Poszłam spać, nie mogąc się doczekać jutra.

         Rano udaliśmy się w dalszą wędrówkę. Szliśmy w karawanie. Rozmawialiśmy o Afryce i planowaliśmy, gdzie się udamy. Zdecydowaliśmy, że zwiedzimy kolejną piramidę. Na pustyni było mi gorąco, ale nie chciałam tego okazywać. Nagle usłyszeliśmy krzyki.

- Co to może być? - spytał Marcin.

- Nie wiem - odpowiedziałam przerażona sytuacją.

- Pójdę to sprawdzić - rzucił Dominik.

- Pójdziemy z tobą - zaproponowałam.

Krzyki były coraz głośniejsze. Szliśmy długo.

- Może damy sobie spokój? - spytał Marcin.

- Jak nie chcesz iść z nami, to nie idź. My idziemy - odpowiedziałam.

Marcin został z nami. Po dziesięciu minutach znaleźliśmy źródło krzyku. Był to Beduin, który się modlił.

- Dlaczego pan tak głośno krzyczał? - zapytał Dominik.

- Taka jest moja modlitwa. Wołam mego pana - odpowiedział pogrążony w modlitwie Beduin.

- Przestraszył nas pan. Chcieliśmy pomóc - powiedziałam.

- Nic się nie dzieje. Możecie iść - odparł Beduin.

Posłuchaliśmy i poszliśmy dalej. Nagle usłyszeliśmy niezwykły dźwięk, to były śpiewające piaski – przerażające i niesamowite uczucie. Cały czas te dźwięki były w mojej głowie. Zdziwiłam się, bo przecież to zjawisko występuje po piaskowej burzy. Pamiętałam dobrze z naszej lektury „W pustyni i w puszczy” , że są to wydmy, które wydają przeciągłe dźwięki podczas wysychania piasku. Dziwne, bo żadnej burzy przecież nie było.

     To był niezwykły dzień. Myślałam, że będziemy tylko zwiedzać, a tu tyle emocji ! Cały czas jednak myślałam skąd te dźwięki i czy czasem nie zapowiadają nadchodzącej burzy…