Rozdział IX

Wróciłyśmy raz do domu, po więcej rzeczy. Ale później i tak szłyśmy ponownie. Pewnie się o nas martwią… Szłyśmy dnie i noce, kiedy nagle zastałyśmy głuchą ciszę i dwie ścieżki, jedna w prawo, a druga w lewo. – Rozdzielimy się? – spytała odważnie Kasia.

– Nie, no co Ty! Chodźmy… w prawo… a może w lewo? – zająknęłam się przez moment.

 – No i widzisz! Rozdzielamy się ! – po tych słowach Kasia szybko zwróciła się w stronę prawej ścieżki. To był znak, że ja musiałam iść lewą. Po paru minutach zrobiło się ciemno, słychać było miauczenia kotów, szczekanie psów i różne szelesty. Bałam się i to bardzo. Wiedziałam, że Śnieżka i Borys się odnajdą, albo same przyjdą… ale jak pomyślałam o Borysie, to stwierdziłam, że nawet Śnieżka nie da rady iść. Zrobiło się jeszcze bardziej ciemno i cicho. Włączyłam latarkę i szłam przed siebie bardzo długo. Jednak po 5 minutach oślepiło mnie bardzo jasne światło. Trwało tylko przez moment, ale zostawiło po sobie małe, jasne i tak wyraźne promyki, jakby do czegoś prowadziły. Oczywiście, chciałam się poddać, szukałam telefonu, aby móc zadzwonić po pomoc. Jednak kiedy znalazłam telefon, okazało się, że nie ma tu zasięgu. Rozpłakałam się i usiadłam przy drzewie. Chciałam zawracać, ale bałam się, że nie trafię do domu. Położyłam kocyk i moją bluzę (jako poduszkę), aby się przespać. Nie spałam długo. Tylko 4 godziny, ale mimo to byłam wyspana. Było nadal tak samo ciemno, chociaż jasność promyków trochę się zmniejszyła. Szłam przed siebie.

– Ciekawe gdzie jest Kasia… - ciągle myślałam.    Po długiej wędrówce odnalazłam źródło światła . Była to bardzo duża jaskinia we wszystkich kolorach tęczy. Szukałam do niej wejścia. Jednak nie mogłam go odnaleźć. Po paru minutach zorientowałam się, że wejście jest na samej górze jaskini. Jakoś się wdrapałam i weszłam.

   Przed moimi oczami ukazał się piękny i kolorowy świat, z kwiatami, rzeką, a co najważniejsze, słyszałam stukot kopyt i miauczenie kotów. – Gdzie… gdzie ja jestem?! Gdzie jest wyjście?! – spanikowałam, ale tylko przez minutę, ponieważ z tysięcy miauknięć, usłyszałam ,,miau” Śnieżki i Borysa. Uśmiechnęłam się i nie ciesząc się tym, że znalazłam się w kocim i końskim raju, biegłam za miauknięciami, jednak musiałam biec bardzo daleko, więc dosiadłam pierwszego konia, jakiego znalazłam, który miał tęczową grzywę i ogon. Był bardzo piękny, osiodłany w czarne, skórzane siodło, metalowe strzemiona
i pudrowe ogłowie. A! I jeszcze biała derka pod siodłem… o takim koniku można tylko pomarzyć. Był to polski konik, jest ich bardzo mało na świecie. Nie powiem, jechało mi się na nim bardzo dobrze, nie najszybciej, ale dobrze. Dotarłam do celu. Zeszłam z konika, poklepałam go i stanęłam.

– Śnieżka? Borys? – powiedziałam z uczuciem ulgi. W oczach miałam łzy, łzy szczęścia! Śnieżka i Borys z uśmiechem podbiegli do mnie
i zaczęli się tulić i skakać.

– Jak wy się tu znaleźliście maluszki? Nigdy więcej takich wybryków! – powiedziałam, przytulając i całując koty.

Wskoczyłam na konika i popędziłam tam, skąd przeszłam w ten niesamowity świat. Kiedy dotarłam już do wyjścia, wyskoczyłam do prawdziwego świata (co było naprawdę dziwne!). Pojechałam rowerem, który nie wiadomo czemu trzymałam w ręce. Koty wyły w koszyczku, był już dzień. Obawiałam się, co się stało z Kasią.

– Kasia pewnie wróci i da mi rzeczy… nie muszę po nie zajeżdżać… tylko co ja powiem mamie? – martwiłam się, ponieważ miałam zostać tylko jedną noc, a zostałam trzy. Kiedy wróciłam do domu, koty wyskoczyły z koszyczka, a rower niespodziewanie znikł. I tak niestety, kończy się już moja wielka przygoda, która z początku wydaje się nudna i taka sama jak zwykle, a koniec jej jest fantastyczny.